niedziela, 30 października 2011

HALLOWEEN

Czy wiecie, że ponoć dzisiaj w kościołach mają czytać coś na temat tego, że Halloween jest szkodliwe, pochodzi z satanistycznych czy tam pogańskich obrządków i że prawdziwi katolicy NIE MOGĄ brać w nim udziału? Jakaś kuria wydała nawet takie oświadczenie, które można sobie wziąć, podpisać i zanieść do szkoły, że ABSOLUTNIE rodzic sprzeciwia się, żeby jego dziecko brało udział w jakichkolwiek zabawach czy obrzędach związanych z Halloween. Wow! I jak zwykle w Polsce wygrywa smutne zamartwianie się nad grobami, nad wesołymi przebierankami i zabawami - a przecież MY kurde żyjemy!


Ja tam wyznaję zasadę CARPE DIEM ponad MEMENTO MORI i dlatego u nas wczoraj odbyła się mała imprezka halloweenowa dla dzieciaków. Uczestnicy: mała Zu plus mały Sąsiad, w tle ich rodzice. Oto fotoreportaż.


Chwilę przed - dynie i Zu jeszcze nienaruszone:


A tutaj już w odpowiedniej charakteryzacji - Mała Wiedźma Tekla:


Wydrążamy dynię, żeby zrobić Jack'o'Lantern:


A oto efekt naszej pracy, czyli gotowe dynie i przebierańcy:


Pierwsza konkurencja - jedzenie świństw! W menu były: oczy czarownicy (czyli kawałki kiwi), obrzydliwe robale (żelki) i gluty trolla (agrestowa galaretka). Z mniejszymi lub większymi oporami w końcu wszystko zostało skonsumowane:


Kolejna konkurencja to nieśmiertelne pożeranie jabłka na sznurku (dzięki temu i poprzedniemu zadaniu podniosła się średnia zjadanych owoców wśród młodych):


A na końcu zamiast 'bobbing for apples' było 'bobbing for sweets' - zdecydowanie bardziej kuszący materiał do łowienia:


I na koniec czarownica z nieco zmytym makijażem prezentuje swój łup:

wtorek, 25 października 2011

MARCO

Ech... miałam o tym nie pisać, bo niestety niewiele ludzi to rozumie... ale napiszę bo mnie to gnębi i leży na sercu. A jak sobie napiszę to może mi ulży i nie będzie mi tak smutno.


W niedzielę oglądaliśmy wieczorem jakiś kabaret, a że ja jestem taki typ "multitask" to w tym samym czasie sprawdzałam czy nie ma jakiś nowych twittów (a bo tak od jakiegoś czasu followuję kilka ludzi i kilka gazet). Jedną z osób, którą śledzę jest Jorge Lorenzo - zeszłoroczny mistrz świata w motoGP, bardzo przez nas (mnie i Skarba) lubiany. Chwilowo nie jeździ bo miał kontuzję palca ostatnio - wyglebił się na motorze i uderzył w rękę, ściągnął rękawicę, a wraz z nią kawałek palca... No ale go znaleźli i mu doszyli... ale nie o tym chciałam...


W każdym razie jak zerknęłam w niedzielę na twittera to Lorenzo miał wpis "descansa en paz" czyli spoczywaj w pokoju. Normalnie aż mi serce zamarło i mówię do mojego, żeby włączył motoGP z Malezji (miał nagrane, ale jeszcze nie zdążył obejrzeć). No i na drugim okrążeniu Marco Simoncelli ślizgnął się na motorze i wleciał pod koła innego rozpędzonego zawodnika. Uderzenie było tak silne, że zrzuciło mu kask. Leżał na torze bez ruchu, a wiatr mu rozwiewał bujną czuprynę... Wyścig przerwali i mimo prawie godzinnej reanimacji nie udało im się go uratować. 


Oglądaliśmy to wszystko w ciszy i nie powiem jakie we mnie wspomnienia odżyły. Kurcze mimo tego, że ględzę i piszę, że mam dość motocykli to jednak wciąż jest w mnie kawałek tego bakcyla, który przez ostatnie lata mój Skarb we mnie zakorzeniał. I tęsknię za naszą Hondą i żal mi dupę ściska jak patrzę jak inni śmigają na ścigaczach i oglądam motoGP i wiem kto jest kto i jaki zawodnik na czym jeździ... i płakać mi się chce, że ten Marco nie żyje.


Miał dopiero 24 lata i był strasznym świrusem. Dwa lata temu został mistrzem świata w moto2, a w tym roku klasa królewska go zabiła. "Que mierda!" - jak to zatwittował później Lorenzo....




PS. Tylko nie piszcie mi w komentarzach nic o dawcach organów i że sam sobie winien. Jak tak myślicie to lepiej proszę pomilczcie ze mną. 

wtorek, 18 października 2011

KIWI

Zu przytargała z przedszkola kiwi. Oczywiście chciała je od razu zjeść, no bo przedszkolne kiwi - wow! A w domu leżały dwa kiwi już takie dość miękkie, od paru dni nie ruszane. No to jej superowa mamusia zrobiła "abrakadabra - było jedno kiwi, a są trzy!" i w rękach namnożyło mi się tych owoców ;-) Zu zrobiła wielkie oczy i wybrała sobie jedno (oczywiście sprytnie podsunięte jej te miększe).


Minęło kilka minut, a Zu przyszła do mnie z paczką ciastek Oreo...
- Mamusiu zjób abjakadabja, żeby z jednego "ojeło" zjobiły się trzy...
Tja...

niedziela, 16 października 2011

SUBIEKTYWNY RANKING MIAST

Dzisiaj mnie wzięło na wspomnienia podróżnicze :-)
Wypisałam sobie wszystkie większe miasta europejskie (na ranking polskich przyjdzie czas w innym poście), w których byłam, zarówno stolice państw i takie większe i sławniejsze metropolie, po czym razem ze Skarbem ustaliliśmy nasz prywatny, bardzo subiektywny ranking. Oczywiście przyczyny takiego, a nie innego wyboru były różne... ale o tym poniżej.


1. LONDYN
No tutaj nie może być inaczej! Oboje jednogłośnie wskazaliśmy na stolicę UK jako number one. Londyn naszymi oczami jest dopieszczony, czysty, poukładany, ciekawy, pełen zabytków i pięknych budynków, pełen cudownych pubów i magicznych miejsc (moje osobiście ulubione to Camden Market i Tate Modern), kochamy londyńskie muzea, sklepy, metro, parki, no prawie wszystko! Londyn też chyba znamy najbardziej z wszystkich miast bo byliśmy tam wiele razy i spokojnie mogę się zaoferować, żeby kogoś po Londynie oprowadzać.

2. BARCELONA
W Barcelonie byłam sama. Pod koniec moich au-pairowskich wakacji na Majorce pojechałam tam na kilka dni. Nie spodobało mi się to miasto na pierwszy rzut oka (dużo w remoncie i generalnie trochę syfek na przedmieściach), ale kiedy ulokowałam się w hoteliku obok La Ramblas, walnęłam prawdziwą hiszpańską sangrię, powłóczyłam się po domach i parku zaprojektowanych przez genialnego Gaudiego i zwiedziłam muzeum mojego ukochanego Miro to pokochałam Barcelonę! Przykry był powrót do domu (spóźniłam się na samolot do Polski, bo pomyliłam lotniska) i to mi trochę zepsuło tą wycieczkę. Jednak z perspektywy czasu myślę, że Barcelona jednak zasługuje na miejsce drugie.


3. PRAGA
To było uwieńczenie naszych ostatnich wakacji jako para bez dziecka (za rok urodziła się Zu), byliśmy w Pradze dwa dni i chociaż zabiła nas cenami to i tak uwiodła urokiem starych uliczek, rynku, mostu Karola... Piękne miasto.


4. AMSTERDAM
Byliśmy tam jeden dzień podczas wakacji w Niemczech u mojej babci. Bardzo dobrze pamiętam parking, za który zapłaciliśmy 30 euro (!!!), fantastyczne uliczki, które ciągnęły się wzdłuż kanałów (pierwszy raz widziałam takie miasto!), targ kwiatowy, dom Anny Frank, no i .... coffee shopy też pamiętam, aczkolwiek zwiedzanie po coffee shopach już jakby mniej... No i oczywiście pamiętam dzielnicę czerwonych latarni, która bardzo pobudziła moją wyobraźnię, jednak zdziczałam tam zupełnie i bałam się wejść do jakiegokolwiek przybytku rozkoszy, czego oczywiście teraz bardzo żałuję... (obiecaliśmy sobie, że wrócimy tam na starość, kiedy nasze życie erotyczne przygaśnie :-)


5. FLORENCJA
Piękne włoskie miasto! Upał, katedra, pizza, skutery, zabytki, galerie, włoskie lody.... Bardzo żałuję, że mieliśmy tylko 1 dzień na zwiedzanie Florencji...


6. EDYNBURG
Tutaj nie wiem, czy o miejscu w rankingu decyduje piękno tego miasta czy nasze wspomnienia... Byliśmy tam na Sylwestra w parę miesięcy po tym jak się poznaliśmy. Pamiętam dziki seks :-) i pamiętam też te nieśmiałe rozmowy na temat tego, że już chyba nie potrafimy bez siebie żyć (mimo, że ja studiowałam w Polsce, a Skarb mieszkał i pracował w Anglii, no i miał w Polsce żonę...). No kojarzę też zamek w Edynburgu i górę, na którą wspinaliśmy się, żeby złożyć sobie noworoczne życzenia i pewien pub, gdzie siedzieliśmy przez 7 godzin i rozmawiali, bez przerwy, aż oboje zachrypliśmy i potem powrót z pubu, gdy w nocy na środku ulicy na kobzie grał Szkot w kilcie....


7. BERLIN
Spędziliśmy tam dwa dni i wierzcie lub nie, ale nie znaleźliśmy muru... Normalnie nie wiem jak to nam się udało! Berlin nas zaskoczył bo był cichy i spokojny i wieczorem NIC się tam nie działo! Really! W Berlinie oblecieliśmy wszelkie muzea na temat drugiej wojny światowej (wielkie hobby i fascynacja Skarba) i możecie sobie wyobrazić jakie piękne zdjęcia stamtąd mamy... ;-/ Mnie najbardziej podobało się Zoo...


8. BUDAPESZT
Ja kojarzę bardzo dobrze, prawie na równi z Pragą, bo dla mnie to te miasta maja nieco podobny klimat. Byliśmy tam jeden dzień tylko (w drodze powrotnej z wakacji na Węgrzech), Skarb bardzo forsował słabą pozycję Budapesztu w rankingu bo jedyne co pamięta to pchanie wózka (typu laska z małymi kółkami) pod górę małymi brukowanymi uliczkami, żeby zobaczyć jakiś pomnik, co był w połowie zasłonięty z powodu remontu...


9. WIEDEŃ
Wiedeń mnie jakoś nie poruszył, chociaż byłam tam dwa razy. Taki stary i niemiecki... Za drugim razem podobały mi się te wszystkie dziecięce rozrywki, które zafundowaliśmy Małej Zu (labirynty i oceanarium i Prater). No i kawę mają przednią.


10. WILNO
W Wilnie znalazłam się przypadkiem (sama, bez Skarba). Jak wracałam z Barcelony i spóźniłam się na samolot, to znalazłam lot do Wilna i stwierdziłam, że to będzie najszybsza droga do kraju (ech, taka pokrętna logika)... Na zwiedzanie miasta miałam tylko kilka godzin, od 7 rano do około 12 w południe, ale zdążyłam urządzić sobie niesamowity spacer, byłam sama samusieńka pod Ostrą Bramą i chodziłam prawie pustymi ulicami, gdy Wilno budziło się do życia... Ludzie byli bardzo przyjaźni i rozumieli jak mówiłam po polsku :-) Pamiętam też kołduny :-)))


11. BRATYSŁAWA
Bratysława mi się podoba i dobrze kojarzy, ale jakoś tak nie urzeka... Nie potrafiliśmy sobie za wiele przypomnieć z naszej wycieczki do tego miasta. Jakiś zamek, jakiś pomnik upamiętniający getto, czy ofiary... Ja jeszcze kojarzę fantastyczną sałatkę - po tygodniu nad Słonecznymi Jeziorami na Słowacji, gdzie właściwie tylko jadłam fast foody, byłam tak stęskniona zieleniny, że poprosiłam o "big green salad", no i mi przynieśli michę wielkości mojej miski na pranie, pełną różnych rodzajów sałat - mniam!!!).


12. PARYŻ
Miasto miłości jest na ostatnim miejscu w moim rankingu... Byłam tam w sylwestra 1999/2000 z moim ówczesnym chłopakiem. Była paskudna pogoda - zimno i ponuro, padało i wiało, ani razu słońce nie wyszło, płatka śniegu też nie uświadczyłam... Była to zorganizowana wycieczka (pierwsza i ostatnia w moim życiu!) i kobita goniła nas dnie całe po różnych muzeach i kościołach, które mnie w ogóle nie interesowały. Na Luwr dostaliśmy chyba za dwie godziny (łącznie ze staniem w kolejce!), a na Wieżę Eiffla w ogóle nie weszłam, bo była zamknięta ze względu na uroczystości sylwestrowe... Do tego z moim ówczesnym facetem (znanym niektórym czytelniczkom niejakim Arturem ;-) non stop się kłóciliśmy o byle gówno bo to był już smętny koniec i rozpad naszego związku...




Na mojej liście miast do odwiedzenia są teraz:
PARYŻ - koniecznie latem i koniecznie ze Skarbem, mam przeczucie, że pokocham to miasto w odpowiednich okolicznościach ;-)
DUBLIN - niedaleko mieszka moja siostra, a planuję ją w końcu odwiedzić!
KOPENHAGA - byłam w Danii, ale nie w stolicy, niedaleko mieszkają nasi znajomi i jesteśmy do nich zaproszeni już od bodajże 5 lat...
RZYM - to marzenie Skarba, no a moje trochę też (od kiedy pokochałam Włochy w te wakacje)
LIZBONA - nie wiem czemu, ale mnie tam ciągnie :-)


No i teraz Wasza kolej? Gdzie byłyście? Co polecacie? Czego nie? W czym się ze mną zgadzacie, a w czym nie? Bardzo jestem ciekawa...

wtorek, 11 października 2011

WIELKIE PLANY

Ech, no jest bosko... ;-) Odzyskałam MOJE wieczory! Skarb pracuje w tym tygodniu na nocki! Yeah!!! Od prawie roku, z małymi przerwami na wyjazdy rehabilitacyjne, on non stop był w domu! Non stop!
A teraz - musiałybyście mnie zobaczyć - winko, serial do 1 w nocy, blogowisko, tv wyłączony, cisza dookoła (oh! yes!). Mogę sobie nawet popracować jak mam taki kaprys i nikt się nie będzie czepiał! Mogę się nawet nie wykąpać - i kto mi zwróci uwagę? Taka namiastka wolności!


A oprócz tego w głowie wielkie plany... se se se ;-)
Otóż w zeszłym tygodniu poleźliśmy do USC i podjęli drugą próbę zalegalizowania naszego związku...
Co niektórzy szpiedzy na blogowisku znają nawet termin ;-)
Ślub, tak jak poprzednim razem było planowane, ma wyglądać tak: odbędzie się w tygodniu, tylko ja i Skarb (i może Mała Zu), świadkowie z urzędu, obrączki te same co nosimy już od 4 lat (srebrne, za parę stówek z Apartu, ale nie założę na paluch pierścionka za kilka tysiaków, wydaje mi się to niemoralne), wszystko top-secret, nikomu nie mówimy, ani znajomym, ani rodzinie,  ja nawet nie zmieniam nazwiska. Przyczyny i powody takiej decyzji już opisywałam, więc teraz pominę, żeby nie zanudzać. No powiem szału nie ma, ale to i tak cud, że z różnymi moimi fobiami i schizami, po 10 latach znajomości w końcu idziemy podpisać te świstki.


Jak się jednak powiedziało A to...


Po ustaleniu terminu nagle mnie naszły przemyślenia, że skoro to jednak się ma wydarzyć, to może by jednak sobie nawzajem jakieś przyjemności sprawić z tej okazji. No bo co - o 12 "uroczystość," a potem mam do roboty na popołudnie iść, czy mamy zalegnąć na sofie przed tv?
No to oczywiście stwierdziłam: wyjeżdżamy! No ale gdzie i na ile? I pewnie pogoda będzie już do bani... Jak sobie wymyśliłam hotel z aquaparkiem to się pokłóciliśmy, że kasę na mieszkanie trzeba trzymać, a nie rozpieprzać... no to wypomniałam pomysły pt. telewizor i playstation. W tamten wieczór planowanie się zakończyło.


Jednak skoro bierzemy te 2 dni okolicznościowego (no bo co nie skorzystam? a Skarb? pewnie, że skorzysta - ma jedyna 26 dni tegorocznego urlopu, 8 dni zaległego, 2 dni opieki na dziecko... ale dwa dni okolicznościowego przepuścić? never! ;-) to trzeba by jednak gdzieś wybyć... Może kupię coś w ramach prezentu ślubnego? ;-) Szperam teraz po rezerwuje.pl, ale na razie nic mi się nie wyłoniło.


Druga sprawa to oprawa. Że minimalistyczna to ok, ale...
Muzyczka jakaś musi być, więc wymyśliliśmy, że ściągniemy na telefon marsz weselny i sobie włączymy na wejście, a co! Obrączki ściągniemy, damy do pudełka i poda nam Zu.
- Zu chciałabyś iść na ślub mamusi i tatusia?
- A po co? - odpowiada dziecko wychowywane w konkubinacie :-P
- No wiesz, to taki ważny dzień, mama i tata zostaną mężem i żoną.
- A kto zostanie żoną?
Tja....


No i ciuchy, bo przecież co ja na siebie założę???
Pytam:
- Skarbie co ty ubierzesz?
- Obojętnie mi, ubiorę co powiesz, mogę iść w garniturze, w dżinsach, w dresach... jak mnie ubierzesz tak pójdę.
- Jak JA mam ciebie ubierać?  A ty mnie niby jak ubierzesz?
- (przebiegły uśmiech) No ja ciebie na pewno w pończochy!
Teraz mam taką wizję, że zakupię sobie jakąś sexy czerwoną obcisłą kieckę! Okazja jest kiecka się przyda.


Wow, co to będzie za dzień! ;-D

niedziela, 9 października 2011

A ROK TEMU...

Dokładnie rok temu, 9 października 2010, około godziny 14, mój Skarb miał wypadek na swoim ukochanym motorze marki Honda CBR 1000. Pisałam już o tym kilka postów temu, ale nie mogę dzisiaj znowu nie wspomnieć... To dzień którego nigdy nie zapomnę...


Było wtedy ładnie i dość ciepło, byliśmy umówieni na imprezę do znajomych na wieczór, do Zu miała przyjść niania. Rano pojechaliśmy na ogródek do moich rodziców, ja i Zu samochodem, a Skarb na motorze. Bo to pewnie ostatni taki ładny dzień, bo dzisiaj zakańcza sezon, bo już i tak akumulator ledwo trzyma... Do plecaka spakował wiertarkę (!), założył kombinezon skórzany, kask i pojechał. Na ogródku byliśmy do około 13.30. Najpierw Skarb przewiózł Małą na motorze, potem dałam mu buziaka i powiedziałam, żeby wracał prosto do domu, bo ja jadę na zakupy, potem trzeba się wykąpać i zrobić jakoś na wieczorne party...


Pojechałam z Zu do Lidla. W czasie kiedy ładowałam do koszyka różne rzeczy o jakieś dwa kilometry ode mnie z parkingu wyjeżdżał pewien koleś, wycofał swoim seatem prosto w Skarba. Kiedy pani w kasie kasowała moje produkty Skarb wył z bólu na ulicy. Kiedy wyjeżdżałam z parkingu pod Lidlem karetka na sygnale zabrała Skarba do szpitala, a pan ratownik zaserwował mu morfinę...


Podjechałam pod dom i zadzwoniłam po niego, żeby zszedł na dół pomóc mi z torbami, ale oczywiście nie odebrał. Wkurzyłam się, że gdzieś jeździ i się buja, a ja muszę sama z torbami zaiwaniać na drugie piętro. Pełzłam z tymi torbami, schodek za schodkiem, przeklinając go pod nosem. Rzuciłam torby na podłogę w kuchni... przyszło mi nieśmiało do głowy, że może miał wypadek... że może te torby tu będą leżeć nierozpakowane jeszcze długo... Ale szybko odsunęłam od siebie tą myśl, bo wychodzę (wychodziłam?) z założenia, że jak już człowiek sobie coś złego pomyśli to to się na pewno nie stanie, bo zawsze złe rzeczy spadają na nas bez uprzedzenia, bez poprzedzających je myśli i przeczuć... Wtedy zadzwonił telefon.


- Komenda Policji, czy mogę rozmawiać z panią Aleksandrą XXX?
- Tak.
- Czy jest pani właścicielką motocykla marki bla bla bla bla....
Zrobiło mi się czarno przed oczami. Już wiedziałam... Kurwa spodziewałam się tego telefonu od lat.
- Tak, jestem, co się stało?
- Było zdarzenie.... - i trach, rozmowę przerwało. CZUJECIE TO?
Zadzwoniłam pod 997, powiedzieli mi, że był wypadek i że poszkodowanego motocyklistę przewieziono do takiego, a takiego szpitala. Chwyciłam torebkę i Zu pod pachę i lecę. W drzwiach znowu telefon. Ten sam koleś, który pierwszy dzwonił.
- Komenda Policji, czy mogę...
- Tak to ja.
- Co mamy zrobić z pojazdem?
- Z pojazdem???
- No z motocyklem, bo on leży tutaj na ulicy....
- Proszę go spalić w pizdu - powiedziałam, rzuciłam słuchawką i popędziłam do szpitala.


Jak biegłam na izbę przyjęć to miałam w głowie dwie myśli: "ŻYJE!" a druga "Jezuniu, a co jak on będzie warzywkiem? Co wtedy?" Wpadłam do pokoju badań, a tam pani siedzi przy biurku, a obok leży pocięty strój motocyklowy Skarba. Z Zu na rękach klęknęłam przy nim i w bek. Pani na to kazała mi usiąść, uspokoić się i powiedziała, że poszkodowany jest teraz na prześwietleniu, że jest połamany i obolały, ale przytomny. Usiadłam na korytarzu i beczę. Oprzytomniałam jak odezwała się Zu (po raz pierwszy chyba od czasu telefonu z policji):
- Mamusiu co się stało tacie?
- Tatuś się przewrócił na motorze i złamał sobie nóżkę albo rączkę... albo i to i to...


Za chwilę go przywieźli. Miał cały zakrwawiony nos i powtarzał "przepraszam" na zmianę z "zimno mi."
Zu przytomnie powiedziała:
- Mamo, tatuś ma chyba chory nosek, a nie nogę...


Potem pamiętam jak przez mgłę, że przyjechali moi rodzice, pojechałam chyba do domu, potem dzwoniłam do wszystkich sióstr Skarba, bałam się zadzwonić do jego mamy... potem znowu byłam w szpitalu... wieczorem jak wszyscy poszli walnęłam dwa kieliszki wina na głodniaka. W nocy płakałam i nie potrafiłam się uspokoić, wzięłam Małą do siebie do łóżka i dopiero utulona w nią jakoś zasnęłam.




Minął rok. I dzisiaj:
- poszliśmy na wybory, a teraz czekamy na pierwsze wyniki
- pojechali do hipermarketu kupić nową mikrofalówkę, bo stara się zepsuła
- po raz drugi pokłócili się o ten cholerny telewizor
- wpadła kumpela na kawkę, a jej synek bawił się przez całe popołudnie z Zu
- zjedliśmy obiad, wypili kawkę, posiedzieli na sofie przed tv
Ech, zwykłe, nudne życie. I'm lovin' it!

sobota, 8 października 2011

CISZA WYBORCZA

No niby cisza wyborcza i agitować nie wolno, ale kto mi na blogu zabroni? ;-P
Bo Wy może jeszcze nie wiecie, że Ola jest szczerze i żywo zainteresowana polityką i za punkt honoru uważa bycie na bieżąco z tym co się dzieje w Polsce. Codziennie ogląda wiadomości, albo jakieś inne fakty, czyta Politykę albo Newsweeka, zależy co się trafi, no i oczywiście chodzi na wszystkie wybory od kiedy skończyła 18 lat. Oczywiście szanuję ustrój demokratyczny i jeżeli ktoś nie idzie na wybory, to jego święte prawo, ale jak słyszę, że ktoś narzeka na polityków, a na wybory nie chodzi to nóż mi się w kieszeni otwiera i włącza mi się agresor.
A więc zachęcam - jeśli chcecie potem narzekać (no a kto nie chce? ;-) to proszę jutro spacerkiem na głosowanie. Jeśli nie ZA kimś, to przynajmniej PRZECIWKO, żeby... no wiecie...  ;-P

I jeszcze polecam fajną stronkę KLIK
Jeżeli nie jesteście do końca pewni z jaką partią macie wspólne poglądy to można sprawdzić. Zrobiliśmy to sobie z Skarbem i po pierwsze było to bodźcem do dyskusji na kilka tematów, to po drugie wynik nas nie zdziwił...
Chociaż na dobrą sprawę czytałam ostatnio artykuł, że żyjemy w czasach post-polityki i teraz nie głosuje się już na partie i ich programy, trzeba głosować na ludzi, którzy swoją osobą mogą zagwarantować giętkość (flexibility) i umiejętność dostosowania się do zmieniających się na świecie warunków i trendów... Bo jesteśmy tak globalnie połączeni i zależni, że bez tego ani rusz...

Można też zagłosować na kobiety (solidarność jajników) albo na przystojniaków (o ile tacy są na Waszej liście). Wszystko lepsze niż nie głosować wcale. In my opinion of course.

czwartek, 6 października 2011

WIELKI DZIEŃ

Niby taki zwykły czwartek... a jednak dla nas zupełnie wyjątkowy!


Wczoraj odbyliśmy taki dialog:
- Dlaczego każesz mi iść do pracy? - pyta Skarb.
- Nie każę przecież, sam chciałeś...
- Co mnie kurde podkusiło, już tak ładnie sobie życie poukładałem. Wstawałem o 9, potem prasówka, tv, obiadek... Potem odbierałem Zu z przedszkola... potem jak wracałaś jechałem na siłownię, a wieczorem piwko... Tak mi dzień za dniem ładnie płynął. A jutro? Wstać muszę o wpół do piątej! Jak mogłaś mi to zrobić?
Hmmm... popatrzyłam na niego znad laptopa i zlałam temat.


Dzisiaj Skarb wrócił do pracy. Lekarka zakładowa podpisała mu zdolność do pracy i powiedziała, że jakby po kilku tygodniach czuł, że jednak nie daje rady to mu napisze skierowanie na inne stanowisko. Skarb przerobił dniówkę i jedyne co go boli to gardło... bo przecieć po roku tyle trzeba było opowiadać! (on jest większą gadułą niż ja, pobija nas tylko Mała Zu).


A rok temu pisałam tak:


Chciałabym móc zerknąć za rok wprzód i zobaczyć co będzie. Czy Skarb będzie chodził? Czy będzie pracował? Czy będzie ok? Czy damy radę?
Dzień dzisiejszy i tę chwilę jakoś oswajam. Nawet jutro jest mi całkiem bliskie. I nadchodzący tydzień też. Ale potem to jest jedna wielka niewiadoma... Jak to będzie???
Wczoraj był koszmar. Nie widziałam się ze Skarbem bo go przewieźli do szpitala do innego miasta. To jest bardzo dobry i specjalistyczny szpital, ale tak daleko... Zu przez dzień cały dawała czadu, jest ostatnio nieznośna, a ja tracę cierpliwość... Wieczorem padł mi nowy laptop i bałam się, że straciłam wszystkie zdjęcia i filmiki Małej Zu. Beczałam przez godzinę, aż jakoś zasnęłam.
(...)
Teraz siadłam przed Mam Talent z kieliszkiem Merlot. I tak niby nie jest źle. No bo przeżył, bo nie jest sparaliżowany, bo ja przecież jestem twardziel i dam radę, bo ja to uciągnę, bo więcej zarabiam, bo w pracy mi idą na rękę, bo wszyscy mi pomagają...
Tylko czasami jak tak siedzę to mam taki atak paniki i chce mi się wyć. Jak to kurna będzie? Za miesiąc? Za rok? Boże..


No i jak jest? Jest zajebiście! Wszystko się ułożyło, a do tego spadła na nas dzisiaj niesamowita wiadomość! Zadzwonili z firmy reprezentującej nas w sprawie odszkodowania z OC sprawcy wypadku i dostaniemy odszkodowanie. Duże odszkodowanie... Serio duuuuże - mówię tu o równowartości niezłego samochodu :-D Wow! Czyli wymarzone mieszkanie będzie nasze... Sorki, ale spadam i idę się upajać naszym chwilowym szczęściem!

PS. no i kurde kupię mu te playstation... ;-P

środa, 5 października 2011

3 FILIŻANKI HERBATY

Zabierałam się za tego posta już od miesiąca chyba. Muszę o tym napisać, bo to chyba jedyne co na dzień dzisiejszy mogę zrobić, jedyny sposób w jaki mogę chociaż trochę pomóc w sprawie, która naprawdę poruszyła moje serce.


Słyszeliście o takiej książce?


Jest niesamowita. Dostałam ja od znajomej w wakacje i przeczytałam w Toskanii. Opowiada o pewnym kolesiu, Gregu Mortensonie (książka oparta na prawdziwej historii), który kiedyś podjął próbę zdobycia K2. Próba jednak zakończyła się porażką, porażką na tyle poważną, że wycieńczony Greg trafił do wioski w Pakistanie, gdzie odratowali go tamtejsi ludzie. Poruszony ich gościnnością postanowił ich poznać i coś im od siebie dać. Pewnego dnia zapytał czy mają szkołę, na co jeden ze starców zabrał go na jakieś pole, gdzie grupa dzieciaków siedziała na ziemi i powtarzała tabliczkę mnożenia. Sama! Nie było tam żadnego nauczyciele, ani żadnej sali, domu, gdzie dzieci (które tak bardzo chciały) mogłyby się uczyć. Greg postanowił wtedy, że pomoże im wybudować szkołę.


Wrócił do USA, gdzie pracował jako pielęgniarz. Jako, że mu się nie przelewało to stwierdził, że musi zacząć pisać listy do bogatych ludzi z prośbą o wsparcie dla jego misji. Napisał kilkaset listów na maszynie do pisania (!!!), rozesłał je i dostał jedną odpowiedź. Pewien bogaty mężczyzna dał mu tyle ile potrzebował na szkołę, pod warunkiem, że Greg "nie przepije tej kasy." Greg oczywiście niczego nie przepił, co więcej sprzedał wszystkie swoje rzeczy, żeby mieć na bilet do Pakistanu! Poleciał tam, kupił cały potrzebny materiał, pojechał do wioski, gdzie starszyzna przywitała go z otwartymi ramionami i z wnioskiem nie znoszącym sprzeciwu, żeby zanim zbudują szkołę zbudowali ... most!


Nie chcę zdradzać co dalej, bo naprawdę chcę Was bardzo zachęcić do przeczytania tej "Trzech filiżanek herbaty!" Opowiada ona o latach, w których Greg budował szkoły najpierw w Pakistanie, potem w Afganistanie, opowiada o ludziach z tamtych regionów, tak innych od tych sinych terrorystów, których my uznajemy często za jedynych mieszkańców tamtego regionu. Opowiada o dzieciach, które dostały szansę i o tych co szansy nie dostały... Opowiada o jedynym według mnie sensownym sposobie na walkę z terroryzmem. Jest tam o 11 września, o wojnie w Afganistanie, o Dżiahadzie, ale wszystko jest opisane  perspektywy Grega, zwykłego-niezwykłego człowieka, którego jedynym celem do którego uparcie dążył i dąży jest budowanie szkół na końcu świata...


Na końcu książki jest lista z sugestiami jak można pomóc, żeby wspierać inicjatywę Grega i Instytutu Azji Centralnej (organizacji, której przewodniczy). Można oczywiście przelać kasę na ich konto, ale można tez reklamować książkę - dochód z jej sprzedaży zasila konto Instytutu. Innym sposobem jest opowiadanie o książce i przekazywanie jej innym, żeby wzrosła świadomość i otwartość na poruszane w niej tematy.


I ja chciałam niniejszym komuś te "Trzy filiżanki herbaty" przekazać. Za darmo chętnie wyślę książkę osobie, która poda swój adres i obieca, że po przeczytaniu przekaże ją dalej.
Czy ktoś jest chętny?

poniedziałek, 3 października 2011

FACECI

Niech rękę podniesie (lub napisze komentarz) ktoś kogo partner nie lubi mieć fajnych, nowych, elektronicznych gadżetów... No proszę, proszę... czyżby cisza?

Opowiem Wam historię.
Mąż mojej znajomej bardzo lubi różne konsole do gier. Ma X-boxa, Playstation 2 i 3, a niedawno zamarzył o PSP. No bo taki poręczny i malutki można go zabrać ze sobą na wyjazd... Ech... 
Dyskutowali i dyskutowali i znajoma zgodziła się w końcu na zakup, no bo wakacje, ich syn też skorzysta, no bo czemu właściwie nie? Szczególnie, że mąż obiecał, że zakupi coś używanego na allegro i sprawa zamknie się w kilku stówkach. Oglądał i oglądał, ale za 200-300 złotych to na allegro same dziadostwo! Tu pęknięty wyświetlacz, tu coś nie styka... No to może nowy? Za pięć paczek już by w media dało radę..
Pojechali, wybrali, znajoma się zarzekała, że jak się w 500zł zmieści to ujdzie.
PSP się zmieściło. No ale jeszcze kabelek. No i memorka - bo jak to tak BEZ memorki? No to bez sensu! Potem jeszcze tylko gustowny plastikowy futeralik... No i doszło bodajże do 700 stówek.

Jak mi to ostatnio na imprezie opowiadali jakiś czas temu to pękałam ze śmiechu. 
A dzisiaj jakoś mi już do śmiechu nie jest...

W piątek postanowiliśmy ze Skarbem, że kupimy płaski telewizor. Jak się sprzeda stary dziad of course to weźmiemy nowy TV tak do 2000zł, no max 2500zł i rozłożymy na 6-10 rat 0% i będzie git. 
Skarb się jakoś tak dziwnie w weekend zaszył w necie. Dzwonił do kumpla z media markt. Co chwilę mi jakieś gadki strzelał na temat wyższości LED na LCD (WTF?). Coś tam przebąkiwał na temat wzięcia pakietu TV i playstation, że w ratach to nie będzie takie bolesne, a on a Młodym już od dawna mają chrapkę... Puszczałam to mimo uszu.

A dzisiaj wracam z roboty, a ten mi uradowany oznajmił, że trzeba jechać jak najszybciej do media (!), bo tam jest ostatni telewizor, panasonic, marzenie NASZE (!!!) za jedyne 2499zł, a do tego jak weźmiemy playstation i rozłożymy na raty to nawet nie poczujemy i na nowe mieszkanie będzie jak znalazł. No, wow!

Nałożyłam sobie obiad, siadłam spokojnie przy stole (a już mną szarpało!) i pytam:
- TV i play to razem będzie ile?
- Około trzech, trzech i pół tysia - odpowiada uśmiechnięty i zadowolony z siebie.
- Aha. A jakiegoś kabla nie trzeba do tego?
- No trzeba! no co Ty bez kabla [jakiegośtam] to bez sensu! Ale ten kabel to jakieś 60zł. Luz.
- Ten telewizor rozumiem, że na ścianie da się powiesić?
- Jak się dokupi uchwyt za stówkę to tak, ale to nie trzeba przecież od razu.
- No tak... - ze stoickim spokojem pytam dalej - A dźwięk?
- Co dźwięk?
- No czy z tego telewizora będzie dobry dźwięk? (ja to mam w dupie, słucham co leci i jak leci, ale Skarb to wiecie - dolby srolby seraund i takie tam...)
- No nie za bardzo... ale można by taki amplituner dokupić, a najlepiej to kino domowe, też znalazłem fajne panasonica, niecałe 500zł! - i szczerzy się w uśmiechu, a mnie po prostu chuj jasny strzelił.
- Sumując to wszystko wychodzi mi ponad 4 tysiące. Jak na mój gust to ci się w głowie pojebało - mówię [jezu dobrze, że małej nie było przy tym rodzinnym dialogu...] - Proszę wrócić do pierwotnego planu i znaleźć TV do 2500zł i koniec. 

NO I CO? 
I SIĘ OBRAZIŁ!
Normalnie mu skrzydła podcięłam!
grrrrr....

niedziela, 2 października 2011

SKARB

Nie będzie o mojej drugiej połówce, ale o fantastycznej zabawie, jaką zafundowałam dzisiaj Małej Zu. Znowu zapomniałam, że ona ma dopiero niecałe 3,5 roku...


Jakiś czas temu czytałam jej książeczkę o Śwince Peppie, która z bratem szukała skarbu - u babci świnki w ogródku znaleźli kuferek czekoladowych monet. Zu się bardzo ta opowieść spodobała, więc, jako, że mamusia pomysłowa postanowiłam jej zafundować podobną rozrywkę....


Do pustej butelki po wodzie mineralnej wsadziłam kartkę z mapą naszego mieszkania i krzyżykiem w pewnym miejscu i napisem SKARB. Obok była jeszcze wskazówka: "szukaj w miejscu gdzie zawsze śpisz." Potem pod poduszką była kolejna karteczka z napisem: "szukaj w miejscu gdzie myjesz rączki." Pod umywalką była kolejna karteczka i potem jeszcze jedna i ostatecznie dochodziło się do kosza na pranie w którym ukryty był SKARB - czyli duża czekolada Milka.


U Zu akurat był jej kumpel - 5cio letni sąsiad (i całe szczęście!)
Butelkę wsadziłam do buta Zu i wołam ich:
- Ej chodźcie tu tylko! Co to tu jest??? Kto to przyniósł?!
Przylecieli i obczajają tą butelkę. A ja dalej buduję napięcie:
- Wow... tu chyba jest jakaś mapa! I tam jest jakiś krzyżyk... i jest napisane SKARB! To chyba ktoś nam podrzucił mapę, dzięki której znajdziemy SKARB!
Dzieci się tak podjarały, że hej! Młody wymyślił, że trzeba tą karteczkę wyciągnąć z butelki, popróbowali chwilę, ale się nie dało, więc wpadli na pomysł, że trzeba poprosić o pomoc wujka/tatę (czyli mojego Skarba). Przybiegli do niego z tą butelką i kiedy Mały Sąsiad zdawał relację z tego co się dzieje to Zu pękła... Emocje jej puściły i zaczęła ryczeć. No bo jak to? Ktoś wlazł do nas do domu? Ktoś obcy? I zostawił coś w JEJ bucie???


Uspokoiliśmy ją jakoś... wydłubali z butelki kartkę i powoli z mamą za rączkę zaczęliśmy odkrywać kolejne kartki... Mały Sąsiad miał mega-zabawę i to na szczęście przenosiło się trochę na Zu. W końcu doszliśmy do czekolady i to akurat Małą baaardzo ucieszyło. 


Niestety nie minęły dwie minuty, a ta mi mówi, że musi siku. No to mówię, żeby poszła siku... a ona na to, że się boi iść do łazienki, bo tam może znowu ktoś podrzuci ten Skarb... I do swojego pokoju też nie pójdzie, bo co jak tam ktoś obcy coś pod poduszkę ładuje?


Ech... nie chciałam psuć magii całej akcji i przyznawać się, że to szanowna mamusia takie cuda wymyśliła, więc jej wytłumaczyłam, że to ktoś wyczarował tak "abrakadabra" bez wchodzenia do nas do domu. Łykła.


Potem przemyślała to wszystko, mały procesorek obrobił całą sytuację, przyszła do nas i mówi:
- Mamo ja wiem kto ten skarb dla mnie wyczarował.
- Taaak? - pytam niepewnie.
- To na pewno dzieciątko. Bo dzieciątko widziało mnie dzisiaj w kościele. [u nas na Święta Bożego Narodzenia właśnie dzieciątko przynosi prezenty pod choinkę]


Byliśmy dzisiaj na spacerze w kościele, a już od jakiegoś czasu staramy się Młodej opowiadać coś o Bozi, dzieciątku, prezentach, o tym, że trzeba mówić paciorek (czego ona konsekwentnie odmawia - jest totalnie anty kościół, modlitwa, Mikołaj, dzieciątko... zaczęliśmy się już obawiać co to będzie w Święta...). A ona tak sobie właśnie to wszystko połączyła i zracjonalizowała... Myślę sobie niech jej będzie, dzieciątko, czy nie dzieciątko, byle by mi się nie bała do kibelka sama chodzić....